Posts Tagged ‘tajemnice’

Prawda zarezerwowana jest tylko dla członków tajnych bractw.

phobos_monolith_Pal images (1) images (2) images (3) luna38_02 monoliths BuzzMasonMoon SpaceMasonicFlagMoonAldrin5 1979-moon-masonic-medallion ab7adadd EdwinBuzzAldrinAstronautFDC1 Freemason-Spaceman (23) mars Mars2 top21 23d space operations sq 66 af tencap special applications annuit ceptis dont ask information assurance jevovah_masons1 melior diabolous quem scies Nunquam ante numquam iterum omnis vestri substructio es servus ad nobis palladium at night primoris gravis ex occasus procul este profani si ego certiorem eaciam special projects supra summus Księżyc Księzyc2 uścisk ręki masońskiej

Motorola-Mobilty-nowe-logo

Reklamy

Tajemnicze pochodzenie Adolfa Hitlera. Biografowie Adolfa Hitlera podają że przyszły Fuehrer III Rzeszy urodził się 20 kwietnia 1889 roku w Braunau am Inn, niedużej miejscowości na granicy austriacko- niemieckiej. Jego ojcem był 52-letni urzędnik celny Alois Schicklgruber, który wcześniej przybrał nazwisko Hitler. Matka, Klara Poelzl, wywodziła się z chłopskiej rodziny. Na tym etapie sprawa jest jasna i bezdyskusyjna: Alois i Klara byli naturalnymi rodzicami Adolfa. Wątpliwości budzi natomiast pochodzenie ojca Hitlera. Co ciekawe, nawet znawcy przedmiotu są w tej materii nad wyraz wstrzemięźliwi i powstrzymują się przed ostatecznymi sądami, a sam Hitler wpadał niezmiennie w bliską apopleksji furię na wieść o zainteresowaniu dziennikarzy i innych zainteresowanych tą sprawą osób:

„Ludzie nie mogą się dowiedzieć, kim jestem – tak podobno oznajmił, kiedy usłyszał o jednej z wczesnych prób zbadania dziejów jego rodziny. – Nie mogą wiedzieć, skąd pochodzę”.

Za Panem profesorem Franciszkiem Ryszką, który jest historykiem, specjalistą od spraw niemieckich […] w dniu 20 kwietnia 1889 przyszedł na świat noworodek płci męskiej, ochrzczony imieniem Adolf, syn Alojzego Hitlera.[…] […]Rodzina ojca wywodziła sie z chłopów, osiadłych przynajmniej od XVIII w. we wsi Spital w powiecie Insbruck.i pisała sie jeszcze w XIX wieku Hiedler, Hietler. Dziadek przyszłego „führera”, Johann George Hiedler, ożenił się w 1842 roku z Marią Anną. Schiklgruber. Pięć lat wzesniej urodziła Maria, nieślubnego syna Aloiz, którego synem był Adolf.[…] […]Anna Maria Schiklgruber służyła w 1936 r w Wiedniu u żydowskiej rodziny Frankerberger.[…] ojciec Adolfa Hitlera był synem […]niższego urzędnika cesarsko królewskiej służby celnej[…] wreszcie Frankenbergerowie jeszcze przez pewien czas po śmierć Aloisa łożyli na utrzymanie nastoletniego Adolfa, przyszłego pogromcy Żydów!

Hitler

Badania DNA krewnych Adolfa Hitlera nie pozostawiają złudzeń. W zbrodniczym przywódcy Adolfie Hitlerze płynie krew sefardyjskich Żydów. O tym, że jeden z największych zbrodniarzy w historii świata miał biologiczne powiązania ze znienawidzona przez siebie rasą doniósł belgijski magazyn „Knock”, publikując efekt  długich badań dziennikarza Jeana-Paula Muldersa i historyka Marca Vermeerana. Zdobyli oni i oddali do przebadania w profesjonalnych laboratoriach DNA 39 krewnych przywódcy III Rzeszy. Wyniki zaskoczyły naukowców.

Materiał genetyczny zawierał bowiem chromosom o nazwie Haplogroup Elblb (Y-DNA), niezwykle rzadko spotykany w Niemczech i całej Zachodniej Europie. Występuje on za to często wśród aszkenazyjskich i sefardyjskich Żydów oaz wśród zamieszkałych tereny Algierii, Maroka, Tunezji plemion hebrajskich. Chromosom haplogroups Elblb posiada około 18-20 procent Żydów aszkenazyjskich i sefardyjskich, chromosom ten więc występuje najczęściej w populacji Żydów.

O żydowskim pochodzeniu i korzeniach Hitlera niejednokrotnie informowali historycy zajmujący się postacią niemieckiego kanclerza. Były to jednak publikacje oparte na pogłoskach, których nie weryfikowały badania drzewa genealogicznego zbrodniarza ani żadne badania materiału genetycznego. Natomiast belgijska publikacja oparta jest jednak na badaniach genetyków.

Adolf Hitler był pochodzenia żydowskiegoMaria Anna Schicklgruber była babką Adolfa Hitlera. Służyła ona na dworze w Gratzu u bogatego Żyda o nazwisku Frankerberger. Był on członkiem rodziny Otteristein z dystryktu Waldviertel w Dolnej Austrii. Według jednej z teorii tam właśnie zaszła w ciążę pani Schicklgruber. Syna urodziła 7 czerwca 1837 roku w małej wiosce Stones dokąd powróciła z Gratzu. Nazwała go Alois. W roku 1942 Maria Schicklgruber wyszła za mąż za młodego młynarza Johanna Georga Hiedlera. Gdy Alojz miał 40 lat udał się razem z dwoma świadkami do parafii w Dollersheim, którzy zaświadczyli, że jego ojcem był właśnie Hiedler. Rubryka z nazwiskiem ojca była pusta tak więc wpisano nazwisko „Hitler” – była to pomyłka. Nie zwrócono uwagi na zły zapis ponieważ świadkowie nie umieli pisać. Świadczy o tym fakt, że zamiast podpisu widnieją tam trzy krzyżyki. Ponadto od 1837 do 1903 roku Marii Schicklgruber następnie Hiedlerowi aż wreszcie samemu Alojzemu wypłacano regularną pensję. Historię potwierdziło wielu historyków.

Będąc obiektywnym trzeba sprawdzić wszystkie źródła. Okazuje się jednak, że babki Hitlera nie ma w rejestrach służby domowej w Gratzu a Żydom od XV do końca XIX wieku nie można było osiedlać się w tym mieście (duża część informacji na temat Żydowskiego pochodzenia Hitlera zaczerpnięta jest z pamiętników straconego w 1946 Hansa Franka). Siostrze Pauli wysyłał pieniądze ale kazał jej zmienić nazwisko na Wofl. Najbardziej widocznym przykładem ukrywania przez Hitlera swoich korzeni jest to co wydarzyło się w miejscowości Dollersheim gdzie znajdował się grób babki Hitlera. Po anschlussie Austrii udało się tam kilku kartografów aby dokładnie zbadać teren pod potrzebny dla wojska poligon. Następnie przeprowadzono ewakuację mieszkańców a całe miasto zostało zrównane z ziemią przez artylerię. Decyzję o poligonie uzasadniono następująco: „wzmocnienie obronności kraju od strony Czech”.

Geograficzne pochodzenie Hitlera jest w pewnym sensie dwuznaczne, był bowiem produktem nie jednego, lecz dwóch regionów pogranicznych. Pierwszy to miejsce jego urodzenia w zachodniej Austrii, Braunau nad rzeką Inn, która oddziela Niemcy od Austrii. (Jego ojciec Alois był celnikiem i przekraczał granicę codziennie). Bardziej wszakże istotne dla fanatyka wierzącego w determinizm rasowy jest to, że rodzina Hitlera pochodziła (i tam w jego dzieciństwie wróciła) z „ojczyzny przodków” (jak mówili z dumą miejscowi naziści) położonej dwieście mil na wschód od Braunau, z Waldviertel, przez wieki spornego regionu granicznego pomiędzy Austrią a Czechami. Była to ziemia niczyja pomiędzy obszarem germańskim a obszarem słowiańskim (Słowian Hitler uznał za podludzi, a później uczynił z nich niewolników i zabijał). Rzeczywiście, nazwisko Hitler i jego starsze warianty Hiedler i Hüttler są raczej słowiańskie niż germańskie, który to fakt zapewne mierził Hitlera i rzucał cień na jego pretensje do aryjskiej czystości – aczkolwiek nie tak mroczny jak plotki, że tajemniczy nieznajomy, który wędrował przez to pogranicze, był Żydem tułaczem. Bogactwo kandydatów na tajemniczego nieznajomego, który począł ojca Hitlera – w szczególności wysoko urodzonych, jak „baron Rothschild” i „potomek arystokratycznej rodziny Ottensteinów” – oraz stale powracające spekulacje o potajemnych wiarołomstwach, romansach i dwuznacznych „erotycznych sytuacjach”, w których główną rolę gra Maria Schicklgruber, to właśnie rodzinny romans wedle badaczy Hitlera.

Jednym z powodów, dla których tak trudno odeprzeć pokusę wplatania fragmentarycznych genealogicznych świadectw w rodzinny romans, jest pojawianie się klasycznych folklorystycznych i baśniowych elementów w scenerii opowieści o tajemniczym nieznajomym. Oto wędrowny młynarz (Georg), ambitny bękart (Alois), spadek, o którym krążą plotki, wiejska służąca w typie (acz nie całkiem) Kopciuszka (Maria), znikająca wioska (Döllersheim), rzekome związki z właścicielem pobliskiego zamku (Ottenstein) oraz szeptane pogłoski o intrydze z potężnym księciem „innej krwi” (baron Rothschild).

 

W samym epicentrum tych domniemanych intryg i związków z rodzinnego romansu znajduje się kropka na mapie, znacząca znikającą wioskę Döllersheim. A w samym środku Döllersheim wznosi się – nieistniejący już dziś – kościół parafialny, w którym odbyły się trzy szczególne i dość dwuznaczne rodzinne ceremonie. Przede wszystkim w tym właśnie kościele w 1837 roku Maria Schicklgruber wypełniła metrykę chrztu dziecka, przyszłego ojca Hitlera, pozostawiając ową siejącą niezgodę pustą rubrykę. Tutaj też w pięć lat później odbył się osobliwy ślub Marii, wówczas czterdziestosiedmioletniej, z czterdziestotrzyletnim Johannem Georgem Hiedlerem, wędrownym młynarzem, który potem, bez wiarygodnych dowodów, zajmie ważne miejsce w drzewie genealogicznym Hitlera jako jego dziadek ze strony ojca. Ślub ten był osobliwy za sprawą tego, czego za sobą nie pociągnął. Nie pociągnął mianowicie za sobą adoptowania przez wędrownego młynarza pięcioletniego syna Marii, Aloisa – czego należałoby się spodziewać, gdyby rzeczywiście Johann Georg był biologicznym ojcem chłopca. Zamiast tego jednak Alois zamieszkał z jego bratem, Johannem Nepomukiem Hiedlerem (to jeden z powodów, dla których Maser uważa, że to on jest prawdziwym ojcem chłopca), zamożniejszym (lecz już żonatym) wieśniakiem.

Wydaje się, że było to małżeństwo z wyrachowania (tylko czyjego?). Co więcej, nabrało jeszcze osobliwszego charakteru za przyczyną trzeciej ceremonii, która odbyła się w parafialnym kościele w Döllersheim w trzydzieści pięć lat później, transakcji o wątpliwym uzasadnieniu prawnym, opartej na wątpliwych przysięgach: ceremonii zmiany nazwiska. To wówczas syn Marii Schicklgruber, przez blisko czterdzieści lat noszący jej nazwisko, pojawił się nagle w rodzinnej parafii i oznajmił, że od dawna już nieżyjący wędrowny młynarz Georg, który nigdy formalnie nie potwierdził ojcostwa, był jego biologicznym ojcem. I że biedny tatuś gorąco pragnął, by syn nosił nazwisko Hiedler (choć później Alois zmienił je na „Hitler”). Niejasne okoliczności powyższych trzech ceremonii i dziwny los wioski Döllersheim nikogo by nie obchodziły, gdyby świeżo upieczony Alois Hitler nie począł syna imieniem Adolf, a także gdyby Adolf nie okazywał tak przesadnej drażliwości względem tych aspektów swego pochodzenia.

Jednakże niedługo po tym, jak Hitler wstąpił na światową scenę, przeprowadzając nieudany pucz w listopadzie 1923 roku, nowi tajemniczy przybysze zaczęli pojawiać się w Döllersheim, zaglądali do zapisów rejestru parafialnego, próbując rozwikłać kryjącą się w nich tajemnicę. Najpierw do parafialnego kościoła zawitali opozycyjni dziennikarze, następnie agenci wywiadów, później prywatni detektywi, wreszcie gestapo. (Na polecenie Himmlera oficerowie gestapo co najmniej czterokrotnie wyprawiali się do Austrii, usiłując rozstrzygnąć nieścisłości w relacjach o pochodzeniu führera). Zmiana nazwiska dość szybko wydostała się na światło dzienne i fakt ten dostarczył pierwszych wskazówek, jak może reagować Hitler na pytania rzucające cień na jego rodzinę. Według przedwojennej biografii Hitlera pióra Rudolfa Oldena, gdzieś w połowie lat dwudziestych „pomysłowy dziennikarz opublikował w liberalnej gazecie wiedeńskiej informację o tym, że ojciec Hitlera zmienił nazwisko z Schicklgruber na Hiedler”. Olden dodał złośliwie (acz z formalnego punktu widzenia niezbyt precyzyjnie), że „mówienie Heil Hitler! jest niepoprawne, prawidłowa forma powinna brzmieć Heil Schicklgruber!„.

Kwestię tę podjęło kilku biografów Hitlera, którzy owej zmianie nazwiska próbowali nadać historyczne znaczenie. Sam Olden pisze: „Słyszałem, jak Niemcy zastanawiali się, czy Hitler mógłby zostać panem Niemiec, gdyby świat znał go jako Schicklgrubera. Nazwisko to brzmi cokolwiek komicznie w miękkiej wymowie mieszkańca południowych Niemiec. Czy ktoś potrafiłby sobie wyobrazić oszalałe masy pozdrawiające Schicklgrubera głośnym Heil!?” John Toland w podobnym tonie mówi: „Trudno wyobrazić sobie siedemdziesiąt milionów Niemców ryczących Heil Schicklgruber!„. Choć łatwo o przesadę przy ocenie wpływu zmiany nazwiska na przeznaczenie Hitlera, nie ulega wątpliwości, że był on niezwykle wrażliwy na punkcie jakichkolwiek prób badania historii jego rodziny, która dla niego samego była w dużej mierze terra incognita. Olden dodaje, że wściekłość Hitlera na wieść o ujawnieniu zmiany nazwiska przez jego ojca przybrała formę brutalnego ataku: „Wydawcę wiedeńskiej gazety, która opublikowała historię o Heil Schicklgruber!, dwaj młodzi członkowie partii zaatakowali pałkami w kawiarni, gdzie zwykł przychodzić po obiedzie. Incydent ten nie miał żadnych dalszych konsekwencji poza tą, że temat ów podjęły wszystkie gazety”. W rzeczywistości jednak mogły być dalsze konsekwencje, o których Olden, piszący w 1936 roku, nie miał pojęcia, konsekwencje poniesione przez wioskę Döllersheim, w niedługi czas potem ofiarę znacznie bardziej brutalnego ataku przy zastosowaniu broni o wiele groźniejszej niż pałki, ataku, który niemal całkowicie wymazał wszelkie ślady jej istnienia.

Tak przynajmniej brzmi teoria po raz pierwszy sformułowana w roku 1956 przez Franza Jetzingera, austriackiego archiwistę i autora powszechnie cenionej pracy (Bullock i Fest często ją cytują) pod tytułem Młodość Hitlera, będącej rezultatem wyczerpujących poszukiwań w rejestrach parafialnych i innych dawno zapomnianych zbiorach dokumentów dotyczących przodków i młodości Hitlera. Rozważając kontrowersyjną opinię Hansa Franka, swego czasu osobistego prawnika Hitlera, zamieszczoną w napisanym przed egzekucją w Norymberdze pamiętniku, że odkrył on dowody na to, iż ów tajemniczy nieznajomy (dziadek Hitlera ze strony ojca) był Żydem, Jetzinger przytacza „dziwny fakt, który może być interpretowany jako potwierdzenie opowieści Franka”:
W niespełna dwa miesiące po zajęciu przez Hitlera Austrii, w maju 1938, wydano polecenie urzędowi geodezji, by dokonał pomiarów Döllersheim (miejsce urodzenia Aloisa Hitlera) oraz okolic w celu oceny ich przydatności jako poligonu dla Wehrmachtu. W następnym roku mieszkańców wioski siłą ewakuowano, a wieś i okolicę zaczęły zasypywać pociski z broni oddziałów artylerii i piechoty. Miejsce narodzin ojca Hitlera i pochówku babki zostały przez jego wojska zniszczone i zrównane z ziemią. Niegdyś kwitnąca i żyzna kraina zamieniona jest dzisiaj w upiorną pustynię; wszędzie czyha śmierć w postaci niewypałów… Lecz przecież teren tak blisko związany z rodziną Hitlera nie mógł zostać wykorzystany na poligon bez jego wiedzy i zgody. Dlaczego więc jej udzielił? Wydaje się, że zniszczenie Döllersheim nastąpiło bezpośrednio na polecenie führera, kierowanego obłędną nienawiścią do ojca i pragnieniem wymazania „hańby” żydowskiej krwi.

 

Kim była owa kobieta, Maria Schicklgruber, która pozostawiła Hitlerowi i historii tak szalenie dwuznaczną schedę? Łatwo jest retrospektywnie uczynić z niej postać bardziej tajemniczą i skomplikowaną, niż w rzeczywistości była, jeśli mamy w pamięci niezwykłą biografię jej wnuka. Większe zainteresowanie budzi natomiast to, że historie o uwiedzeniu służących w przypadku dwóch innych kobiet z rodziny Hitlera odgrywających istotną rolę w późniejszych polemikach – jego matki Klary i siostrzenicy Geli Raubal – wydają się odzwierciedlać, niemal dokładnie powtarzać seksualny sekret pozostawiony przez Marię Schicklgruber. Cóż takiego sprawia, że ów związek kochliwego pana i uległej służącej pojawia się w życiu trzech kolejnych pokoleń kobiet z rodziny Hitlera?

Matka Adolfa, Klara, często portretowana jest przez kronikarzy (opierających się na opisie oddanego syna) jako prosta, bogobojna, skłonna do poświęceń sługa męża i dzieci. W rzeczywistości natomiast bliższe przyjrzenie się jej roli odsłania inną Klarę: służącą Aloisa Hitlera w czasie jego dwóch poprzednich małżeństw, osóbkę nie wzdragającą się przed skomplikowanym, zakazanym i potajemnym (a także graniczącym z kazirodztwem) romansem z władczym panem domu. Wiemy na przykład, że w wieku szesnastu lat Klara ochoczo wprowadziła się do ciasnego mieszkania żonatego mężczyzny (Aloisa) o dwadzieścia lat od niej starszego, bliskiego w końcu krewnego (był jej wujem) pod pretekstem zostania służącą.

Był rok 1867, ojciec Hitlera żył wówczas ze swoją pierwszą żoną, stosunkowo bogatą kobietą, starszą od niego o trzynaście lat, która już niedomagała, kiedy się z nią żenił, przypuszczalnie dla jej pieniędzy. Jak opisuje to John Toland: Klara, atrakcyjna nastolatka „z gęstymi ciemnymi włosami […] zamieszkała wraz z Hitlerami w zajeździe, gdzie Alois nawiązał romans z pomocnicą kuchenną, Franziską”, która zresztą została jego żoną, kiedy pierwsza wreszcie przeniosła się na tamten świat. Po śmierci pierwszej żony układy w domu Aloisa Hitlera, urodzonego jako Schicklgruber, zaczęły przypominać bulwarową francuską farsę. Po okresie współżycia bez błogosławieństwa Kościoła z podkuchenną i jednocześnie korzystania z usług jeszcze młodszej służącej (i bratanicy) Klary Alois poślubił starszą z kochanek. Zaraz potem przekonał się – powiada Toland – że żona numer dwa „doskonale orientuje się, jak pociągająca dla wrażliwego Aloisa może być ładna służąca”, tak więc jednym z pierwszych posunięć Franziski po ślubie „było pozbycie się Klary”. Nie na długo wszakże. Żona numer dwa zachorowała na gruźlicę. Kiedy tylko Franziska wyjechała na leczenie, „Alois uznał za oczywiste zwrócić się o pomoc do atrakcyjnej bratanicy”. Nawet po powrocie żony – niedługo potem zresztą umarła – młodziutka Klara pozostała w domu, „i tym razem – pisze Toland – stała się służącą, pielęgniarką i kochanką”.

Wkrótce jednak powstał problem kazirodztwa i ponura komedia rozgrywająca się w mieszkaniu Hitlera stała się sprawą rozważaną przez urzędników w Watykanie. Kiedy żona numer dwa umarła, Alois postanowił zalegalizować długotrwały romans ze służącą-kochanką, pojawiła się wszakże poważna przeszkoda: „pokrewieństwo trzeciego stopnia bliskie drugiemu”, jak opisuje w petycji do miejscowego biskupa (przygotowanej przy pomocy duchownego) swoje skomplikowane związki z Klarą. (Jeśli przyjmiemy oficjalną wersję pochodzenia Hitlera, wówczas okazuje się, że ojciec Aloisa i cioteczny dziadek Klary to ta sama osoba: Johann Georg Hiedler). Miejscowy biskup uznał „pokrewieństwo trzeciego stopnia bliskie drugiemu” za nazbyt poważną sprawę, by załatwić ją samemu, petycję przesłał więc do Rzymu wraz z prośbą o papieską dyspensę. Lecz nawet po uzyskaniu dyspensy Klara do swego świeżo poślubionego męża nadal zwracała się tak samo jak wtedy, kiedy była jego służącą i kochanką: „wuju”.

„Wuj”. Tak właśnie Adolfa Hitlera nazywała jego służąca-siostrzenica Geli Raubal, kiedy w 1929 roku wprowadziła się do jego mieszkania i zaczął się ich kontrowersyjny (w wielu aspektach) i ostatecznie fatalny w skutkach związek, trzeci z kolei dramat służącej w sadze rodziny Hitlerów. Dalszych dowodów na to, jak silnie w umyśle Hitlera tkwiła fantazja dotycząca stosunku służącej i głowy domu – Żyda, dostarczają motywy pornograficzne w „Der Stürmer” Juliusa Streichera, dziwaczna ekstaza Hitlera wywołana relacjami Streichera ze sprawy Hirscha, najgłośniejszego w latach dwudziestych procesu Żyda oskarżonego o gwałt na aryjskiej służącej. Widać to także w zwrocie, jakim Hitler określił Matthiasa Erzbergera, jednego z „listopadowych zbrodniarzy” (ludzi odpowiedzialnych za „cios w plecy”, czyli podpisanie kapitulacji w listopadzie 1918) jako „bękarta Żyda i służącej”.

Ponadto, na co zwrócił uwagę Robert Waite, w norymberskich ustawach rasowych z 1935 roku jest też kodycyl dotyczący służących, na którego umieszczenie nalegał sam Hitler. Kodycyl ten nie tylko uznaje za sprzeczne z prawem stosunki seksualne pomiędzy Żydami a Aryjczykami, ale także wyraźnie zabrania Żydom zatrudniać w charakterze służby domowej aryjskie kobiety poniżej czterdziestu pięciu lat. Jest to zaiste dziwaczne uregulowanie prawne, wydaje się, iż u jego podstaw tkwi pornograficzna fantazja. Co więcej, fantazja przewrotnie dwuznaczna; z jednej strony z ustawy wynika, że Żydom nie można ufać, jeśli chodzi o pracujące u nich młode Aryjki, z drugiej zaś poprzez fakt, że zakaz obejmuje nie tylko akt krzyżowania się ras, lecz i samą ewentualność wspólnego przebywania żydowskiego pana i aryjskiej służącej, daje do zrozumienia, że i aryjskie służące nie są godne zaufania. Ta głęboko zakorzeniona nieufność lub przynajmniej głęboko kontrowersyjny pogląd na służącą i jej stosunek do zagadkowego pater incertus, który może być jej panem, tkwi w samym centrum tajemnicy Marii Schicklgruber oraz fantazji wywołanych przez pustą rubrykę w metryce chrztu, jaką wypełniła w Döllersheim.

Żaden wiarygodny naoczny świadek ani też dokument nie przetrwały, by potwierdzić tę mroczną opinię o Marii. Rzekoma korespondencja, mająca dokumentować historię romansu pomiędzy Marią a bogatym Żydem, u którego służyła – „Żydem z Grazu”, wspomnianym przez osobistego prawnika Hitlera, Hansa Franka, w jego norymberskim pamiętniku – nigdy nie została odnaleziona. Nie pozostało świadectwo pochodzące od Marii lub jej współczesnych, z którego by wynikało, że była ona kimś innym niż prostą, dobroduszną wieśniaczką, odważną matką, która na przekór biedzie zdecydowała się urodzić nieślubne dziecko, choć nie mogła liczyć ani na pomoc ojca, ani błogosławieństwo Kościoła; miała wówczas czterdzieści dwa lata, w tym wieku wiejskie kobiety porzucały już zwykle nadzieję na rodzenie dzieci i godziły się z perspektywą lat ciężkiej pracy bez niczyjej wyręki.

W Trzeciej Rzeszy obowiązywało pewne tabu: nie wolno było interesować się rodziną Adolfa Hitlera. Na samą wzmiankę o jego pochodzeniu i krewnych w Dolnej Austrii Führer wpadał w szał. Jaką mroczną tajemnicę chciał ukryć? Odpowiedź znaleziono w zakurzonych aktach, odkrytych niedawno w archiwach. Albert Speer, minister budownictwa Rzeszy i ulubiony towarzysz rozmów Hitlera, wspominał w swych pamiętnikach jedną znamienną scenę. W trakcie rozmowy zameldowano Führerowi, że w rodzinnej miejscowości jego ojca tutejszy gauleiter wystawił tablicę pamiątkową: to z tej ziemi wywodzi się nasz wielki wódz. Zamiast się ucieszyć i pochwalić gorliwca, Hitler niespodzianie wpadł w furię. – Ile razy mówiłem, żeby nie wspominać o tej okolicy, a ten osioł gauleiter wyjeżdża z czymś takim! Natychmiast to usunąć! O podobnym ataku wściekłości Hitlera wspomina też Hans Frank, jego osobisty prawnik (a potem generalny gubernator okupowanych ziem polskich). W napisanej w więzieniu przed czekającą go egzekucją książce „Im Angesicht des Galgens” (W obliczu szubienicy) Frank wspominał, że wytrącony z równowagi Hitler, a działo się to w latach 30., zwierzył się z „podłej próby szantażu” podjętej przez jakiegoś „obrzydliwego krewniaka”. Ten ktoś miał zagrozić, że ujawni zagranicznej prasie jakieś kompromitujące dane na temat pochodzenia Führera. Dla wybadania, jakie dane mogły zachować się w urzędowych archiwach, Hitler wysłał wtedy Hansa Franka do Austrii. Co mogło skompromitować rosnącego w siłę przywódcę nazistowskiej, jawnie antysemickiej partii? Oczywiście domieszka krwi żydowskiej w żyłach. Z takimi aluzjami Hitler miewał do czynienia od początku swojej kariery. Pisano, że pozbywa się rywali „na żydowski sposób”. W 1933 r. „Daily Mirror” zamieścił zdjęcia nagrobków na cmentarzu żydowskim w Bukareszcie: na jednym z nich widniało nazwisko Hitler. Inna gazeta prezentowała zdjęcia nagrobków Huetlerów na cmentarzach żydowskich w Austrii. Sam Hans Frank w swych więziennych wspomnieniach porusza tę możliwość, to znów ją odrzuca. Pisze, że w swych poszukiwaniach natknął się na jakąś kobietę spowinowaconą z rodziną Hitlera. Miała mu opowiedzieć, że jego babka Maria Anna Schicklgruber służyła niegdyś w Grazu u żydowskiej rodziny Frankenbergerów. Potem urodziła nieślubnego syna Aloisa (ojca Adolfa), na którego utrzymanie Frankenbergerowie jakoby kilkanaście lat posyłali pieniądze. Miały istnieć nawet jakieś listy na poparcie tej historii. Według Franka Hitler oświadczył, iż z tego, co mówili jego ojciec i babka, wie, że jego dziadkiem nie był Żyd z Grazu, ale babka i jej późniejszy mąż byli tak biedni, że postanowili wmówić Żydowi ojcostwo, by wspomógł dziecko finansowo.

Niewiele zapisanych zdań w dziejach dało początek tak gruntownym badaniom historyków, jak ten fragment wspomnień straconego w 1946 r. Hansa Franka. Szukano jego tajemniczej rozmówczyni i owych listów, szukano śladów rodziny Frankenbergerów, szukano Marii Anny w zachowanych rejestrach służby domowej w Grazu. Wszystko na próżno. Ustalono natomiast, że Żydom od XV do końca XIX wieku nie wolno było się w tym mieście osiedlać. Renomowany historyk niemiecki Werner Maser w irytacji wyraził nawet pogląd, że Hans Frank zmyślił całą tę historię. Heil Schicklgruber! Oczywiście i bez mitycznego dziadka Frankenbergera Hitler miał dość powodów, by utrzymywać swoje pochodzenie w tajemnicy. W „Mein Kampf” tylko krótko i mgliście wspomina o rodzicach. Chodzi o to, że Führer, który od swoich obywateli wymagał dostarczenia świadectwa aryjskiego pochodzenia, sam nie byłby w stanie przedstawić takiego dokumentu. Jego ojciec Alois był dzieckiem nieślubnym i do 40 roku życia nosił panieńskie nazwisko matki: Schicklgruber. W końcu udało mu się znaleźć dwóch świadków, którzy razem z nim udali się do miejscowej parafii w Döllersheim i poprosili o wystawienie Aloisowi nowej metryki. Zaświadczyli, że jego ojczym Johann Georg Hiedler (który ożenił się z jego matką Marią Anną pięć lat po urodzeniu Aloisa) jest jego prawdziwym ojcem i życzył sobie, by syn nosił jego nazwisko.

Zajmowanie się pochodzeniem Hitlera i uznanie, że biologicznie był ćwierć-Żydem (pamiętajmy jednak, że judaizm uznaje za Żyda osobę zrodzona z matki- Żydówki-Hitler tego kryterium nie spełnia) byłoby zajęciem dosyć jałowym- w końcu ważne jest to, kim się dany osobnik czuje, a nie jakich ma przodków-gdyby nie fakt, że wielu ludzi o żydowskich korzeniach starało się zacierać własne pochodzenie lub gorąco mu zaprzeczać i w konsekwencji przebierać postawę jawnie antysemicką. Zjawisko to zauważali tradycyjni Żydzi, a określali je nienawiścią do samego siebie?. Takim właśnie człowiekiem miał być Hitler, a wcześniej- to już na pewno da się udowodnić- Karol Marks, zasymilowany Żyd, który teorię walki klas wywiódł z pierwotnych, głęboko antysemickich.

Adolf Hitler

Natomiast według książki psychoanalityka, Walter Langer, „The Mind of Hitler, Hitler nie tylko był wspierany w zdobyciu władzy przez rodzinę Rothschild, ale sam pośrednio był Rothschildem. Langer pisze:”Maria Anna Schicklgruber mieszkała w Wiedniu i w tym czasie była zatrudniona jako służąca w domu Barona Rothschilda. Jak tylko rodzina odkryła ciążę trafiła z powrotem domu, gdzie urodził Aloisa. ” Informacje Langera pochodziły podobno od wysokiego oficera Gestapo: Hansjurgen Koehler, opublikowane w 1940 roku, pod tytułem „Inside Gestapo”, który pisał o dochodzeniu w sprawie pochodzenia Hitlera przeprowadzonego przez austriackiego kanclerza, Dollfussa. Koehler rzeczywiście oglądał kopie dokumentów Dollfussa, które przekazał mu Heydrich, władca hitlerowskiej Secret Service. Pisał: „dokumenty o pochodzeniu Hitlera spowodowałyby takie spustoszenie jak żadne dokumenty na świecie” (Inside Gestapo, str. 143).

„… austriacki kanclerz musiał wiedzieć o pochodzeniu Hitlera. Jego zadanie nie było trudne, jako władca Austrii mógł łatwo dowiedzieć się o danych osobowych i rodzinnych Adolfa Hitlera, który urodził się na ziemi austriackiej … poprzez oryginały świadectw urodzenia, karty rejestracji policja, protokoły, itp., wszystkie zawarte w pierwotnej dokumentacji, kanclerzowi Austrii udało się zebrać fragmenty części układanki, tworząc mniej lub bardziej logiczną całość .. Kanclerzowi Dollfuss udało się odkryć karty rejestracyjne. Młoda, niewinna służąca była służącą na dworze Rothschildów. .. Nieznanego dziadka Hitlera należy chyba szukać w tym wspaniałym domu.? Hitler był więc zdeterminowany do przejęcia Austrii, aby zniszczyć swoje akta.

 

Riese
Pamięci ofiar Syjonizmu
Premiera : 01.grudnia.2012r
Zamówienia : ligaswiata@gmail.com
http://facebook.com/archiwaipn
http://archiwaipn.wordpress.com

20121102-214617.jpg

30 maja  Tego dnia (…), między godziną 10 a 11 przed południem odczytano jej ostateczny wyrok…

Imię Joanny d’Arc było już tak znane, zarówno we Francji jak i poza jej granicami, że pojawiały się nieraz kobiety, które się za nią podawały, jak pewna Jeanne de Sermaise zapewne pochodząca ze wsi Sermaise, którą to wieś Joanna d’Arc niejednokrotnie odwiedzała za życia, gdyż tam mieszkali niektórzy jej krewni (np miejscowy ksiądz, Messire Henri de Vouthon, był jej wujem ze strony matki). Jeanne de Sermaize pojawiła się zresztą dość późno. Wiadomo, że w roku 1457 spędziła 3 miesiące uwięziona w Saumur za swe oszustwo, została jednak ułaskawiona specjalnym listem księcia René d’Anjou . Miała być żoną pewnego Jeana Douillet.
Były jeszcze inne takie „Joanny” i dobrze zdać sobie sprawę z ich istnienia, zanim dojdziemy do tej właściwej sobowtórki.

– „La Pucelle du Mans”, znana także jako „Jeanne de Férone”, która została skazana na przykucie do pręgierza za obrazę duchownego,

– „La Pucelle de La Rochelle” – z lat 1436-39 pochodzi list, który dotarł do króla Kastylii i w którym pewna „dziewica z Francji” walcząca w La Rochelle prosi go o wysłanie pomocy wojskowej do Rochelle w postaci floty dla króla Francji w jego walce z Anglikami. „La Poncella de Francja” miała uzyskać dzięki temu listowi zamierzony skutek: król hiszpański, według kroniki, istotnie takiej pomocy miał udzielić. Ta ostatnia dziewica jest czasami utożsamiana (być może niesłusznie) z osobą, której przyjrzymy się obecnie.
Claude

W poprzednim tekście, na samym końcu, wspomnieliśmy ją, „Madame des Armoises”. Wtedy poświęciliśmy jej jedynie wzmiankę. Teraz przyjrzymy się jej bliżej. Pojawiła się w okolicach Metz 20 maja 1436 roku (1), czyli 5 lat (bez 10 dni) po śmierci Joanny d’Arc. Przedstawiała się zarówno jako Claude jak i Jeanne La Pucelle. Miała rzekomo uniknąć niemal cudem śmierci na stosie. Została rozpoznana jako Joanna przez wielu mieszkańców Metz. Zidentyfikowali ją w ten sposób również obaj bracia Joanny, Jean i Pierre. Wspomnieliśmy już o tym poprzednio. Arystokrata Nicole Louve, który wraz z Joanną był świadkiem koronacji Karola VII w Reims (17 lipca 1429) również ją zidentyfikował. Miał rozpoznać ją po wyglądzie, po odniesionych ranach oraz po znakach szczególnych. Dał jej też zaraz konia w prezencie oraz dwóch innych arystokratów jako ochronę.  Wkrótce potem obaj bracia Joanny odwiedzili Orlean, pierwsze miasto wyzwolone niegdyś przez Joannę, zanosząc tam wieść o tym, że się odnalazła. Wspomina o tym istniejąca jeszcze kronika Orleanu w swych zapisach za rok 1436 (kopia poniżej):

Zaledwie jeden dzień po wizycie w Metz, Claude miała udać się, wraz z obu braćmi du Lys, do Vaucouleurs i spotkać się tam z Robertem de Baudricourt, który pamiętał Joannę, gdy zwróciła się doń o pomoc i rekomendację, gdy wybierała się do Karola VII ze swą misją. Zaskakujące jest, że w ten sposób spotykała się kolejno z rozmaitymi znajomymi Joanny (nie ze wszystkimi oczywiście) i identyfikowali ją oni jako ową La Pucelle, którą pamiętali sprzed kilku lat. Co nie znaczy, że nie było ludzi – i to od samego początku pojawienia się jej – którzy uważali ją za oszustkę. Na przykład na południu Francji, w Arles, zachował się dokument notarialny informujący o pewnym zakładzie uczynionym przez dwóch mieszkańców tego miasta: jeden twierdził, że owa „La Pucelle de France” jest prawdziwą Joanną, drugi natomiast nie wierzył w jej autentyczność.
W drogę

Potem „Joanna” spędziła 3 tygodnie w Marieulles u pewnej rodziny szlacheckiej z Metz. Następnie – jak na „Pucelle de France” przystało – udała się na pielgrzymkę do sanktuarium „Czarnej Madonny” w Liesse. Stamtąd udała się w towarzystwie obu braci du Lys (czyli braci Joanny d’Arc) do Arlon, na dwór księżnej Elżbiety Luksemburskiej (1390 – 1451). Księżna ta, Elisabeth von Görlitz, była od 1409 roku żoną księcia Antoniego Burgundzkiego, który w 1415 roku poległ w bitwie pod Agincourt.

Podczas swego pobytu w Arlon, Claude znalazła się w samym centrum sporu o inwestyturę biskupstwa w Trewirze (Trier). Było dwóch kandydatów do biskupstwa: popierany przez Rzym Raban von Helmstatt oraz ekskomunikowany arystokrata Ulrich von Manderscheid. Księżna Luksemburga (z domu von Görlitz) oraz Ruprecht comte de Virnebourg (czyli: „Graf von Württemberg”) popierali Manderscheida. „Comte de Virnebourg” (o którym czytamy, że miał się on wręcz zakochać w „Joannie”) postawił Claude na czele najemnego odziału wojskowego, który wybrał się w tym celu do Kolonii.

Z łacińskiego zapisu kroniki miasta Kolonii wiemy, że pojawiła się w mieście 2 sierpnia 1436 jako „puella de Francia” („dziewica z Francji”) na czele oddziału wojska.

Johannes Nider, przeor dominikanów w Bazylei i inkwizytor specjalizujący się w kwestii czarów i czarownic, spisał był pomiędzy latami 1435 – 1437 swe znane i ważne dzieło znane jako„Formicarius”, a dotyczące dyscypliny religijnej i czarów. Tam odnajdujemy garść informacji o pobycie „Joanny” w Köln:

„Była pewna młoda niewiasta, która od czasu do czasu przejmowała zachowanie właściwe mężczyznom, która biegała wkoło uzbrojona z dziko rozwianą odzieżą, jak to czynią żołnierze na żołdzie szlachcica. Dawała się również zauważać w tańcu z mężczyznami. I zwykła pić i hulać (…).
Dwóch kandydatów walczyło wówczas, ku ubolewaniu mieszkańców, o biskupstwo Trewiru. Ta młoda niewiasta przechwalała się, że może jednego z nich intronizować, jak dziewica Joanna uczyniła to z Karolem, królem Franków, któremu pomogła umocnić się w jego królestwie. Co więcej: czyż ona sama przy tym nie twierdziła, że jest ową Joanną z tamtego czasu, której Bóg pozwolił zmartwychwstać?”

Jednak przypadkowo przebywał wówczas w Kolonii wielki inkwizytor Heinrich Kalteisen, który ową tajemniczą niewiastą natychmiast się zainteresował. Zwłaszcza, że opowiadano o niej niestworzone rzeczy:

„W obecności władz czyniła rzeczy niezwykłe, które należały niemal do sfery magii. Inkwizytor przesłał jej wezwanie połączone z publicznym żądaniem, by poddała się poważnemu dochodzeniu.

Powiadali, że w obecności wszystkich rozerwała duży obrus, który na oczach wszystkich przywróciła do stanu pierwotnego. Następnie chwyciła szklankę i cisnąła nią o ścianę tak, że się rozbiła. Jednak złożyła ją z powrotem do nieuszkodzonego stanu i  czyniła inne jeszcze nieużyteczne rzeczy.” (Johannes Nider, „Formicarius” )

Inkwizycja jednak nie schwytała tej „Joanny”. Zdołała się ona wymknąć 25 sierpnia i powrócić do Arlon, siedziby księżnej Luksemburga. Nie uniknęła jednak ekskomuniki, którą obłożył ją inkwizytor Heinrich Kalteisen. Powody ekskomuniki były trzy: czary, noszenie męskiej odzieży (skąd my to znamy? Oczywiście z procesu skazującego Joannę d’Arc…) oraz wspieranie osoby ekskomunikowanej jako kandydata na biskupa.
Małżeństwo                                                                                                              

Będąc w Arlon, „Joanna” poślubiła, 6 listopada 1436 roku, starszego od niej ponoć o 20 lat owdowiałego arystokratę z dwojgiem dzieci, Roberta des Armoises. Robert był spowinowacony, poprzez swoje poprzednie małżeństwo, ze wspomnianym już znajomym Joanny, d’Arc, Robertem de Baudricourt. Wesele „Joanny” i Roberta des Armoises odbyło się na zamku w Arlon. Zaraz potem oboje udali się do Marville, by sfinalizować sprzedaż części posiadłości Roberta. Przy tej okazji pojawił się dokument notarialny (1437), w którym po raz pierwszy widnieją obok siebie oba tytuły naraz „Jehanne du Lys – La Pucelle de France”. Jehanne du Lys – to był, jak pamiętamy, oficjalny tytuł, który autentyczna Joanna d’Arc otrzymała w grudniu 1429 roku od króla Karola VII. Tymi dwoma tytułami Claude posługiwała się aż do końca. Zostały one także umieszczone na jej płycie grobowej.

Następnie małżeństwo des Armoises zamieszkało na pewien czas w Metz, w domu naprzeciwko kościoła Saint-Sigolène, a następnie w zamku Roberta des Armoises w Jaulny.

Z rozmaitych miejsc swego pobytu Claude pisała listy do Orleanu, Voucouleurs, nawet podobno do króla Karola VII osobiście. Jednocześnie miała – jak głosi pewien mit – udzielać się w walce z Anglikami w okolicach La Rochelle, z tamtego czasu pochodzić miała ta wspomniana wyżej korespondencja z królem Kastylii, o której mówi pewna kronika (2) .
Jak wyglądała Claude i… Joanna?

Jak już wspomnieliśmy, Claude des Armoises wyszła za mąż za arystokratę. Można zatem powiedzieć, że mimo wszystko miała jednak szczęście. A wraz z nią my też je w jakimś sensie mamy. Bowiem arystokraci dawali niejednokrotnie sprawiać sobie swoje podobizny. Nie inaczej stało się i z Robertem oraz Klaudią des Armoises. W roku 1871 lokalny wójt z Jaulny wyznał, że jego pradziad przykrył warstwą tynku, na prośbę ówczesnego pana des Armoises, znajdujące się w zamku portrety Joanny oraz jej męża, Roberta des Armoises. Owe portrety to rodzaj malowanych „medalionów” z profilami twarzy, datowane na XV wiek. Oto profil twarzy Claude (Jeanne).

Oczywiście portret ten, przedstawiający kobietę w średnim wieku, nie pokazuje nam tego jak wyglądała Joanna d’Arc za życia, lecz jak prawdopodobnie wyglądałaby ona, gdyby dożyła wieku około 40 lat. W istocie żyła tylko około 20 lat.

Jedynym wizerunkiem pochodzącym z XV wieku, a uważanym za modelowany na twarzy Joanny d’Arc, jest ta oto głowa posągu św. Maurycego z kościoła w Orleanie (obecnie w miejscowym Musée historique et archeologique ). Prezentowaliśmy tę rzeźbę w poprzednim artykule. Teraz pokazujemy ją w innym ujęciu. Poprzednio napisaliśmy, że Joanna miała piwne oczy. Uważna obserwacja rzeźby sugeruje jednak kolor jaśniejszy od piwnego. Również profil twarzy Klaudii des Armoises, po powiększeniu i rozjaśnieniu, ukazuje niebieskie oko.

Właśnie ta rzeźba oraz profil Jeanne des Armoises posłużyły prof dr Ursuli Wittwer-Backofen z uniwersytetu we Freiburgu do rekonstrukcji twarzy Joanny d’Arc. Rekonstrukcja ta przeprowadzona została w 2007 roku w Bundeskriminalamt  w Wiesbaden. Rezultatem jest twarz zaprezentowana na początku tego tekstu. Fragment filmu pokazujący ową rekonstrukcję znajduje się w filmie dokumentalnym „Jeanne d’Arc – die Jungfrau von Orleans” . Sekwencja dotycząca wyglądu Joanny rozpoczyna się od 10 minuty, rekonstrukcja natomiast pokazana jest od 12.5 minuty

Rzeźba twarzy św. Maurycego ( w domyśle: Joanny d’Arc) oraz profil twarzy Claude pasują do siebie proporcjami. Nie jedyny to ślad wskazujący na podobieństwo obu tych kobiet. W istocie musiały być bardzo do siebie podobne. I to zdecydowanie nie tylko pod względem wyglądu zewnętrznego. Przedmioty nieożywione, jak rzeźby, obrazy i biżuteria mogą być do siebie podobne tylko pod względem fizycznym. Z ludźmi jest inaczej. Potrafią mówić – a zatem mają określony głos, potrafią się poruszać, a zatem chodzi także o sposób poruszania się, gestykulacji itd. Aby pomylić dwie osoby, postronnemu może wystarczyć tylko wygląd lub barwa głosu. Ale aby dali się „nabrać” ludzie znający tę osobę lub aby zechcieli oni poważnie kontemplować posłużenie się „uzurpatorką” dla własnych celów, to uzurpatorka musiałaby odpowiadać także cechom intelektualnym i osobowościowym „oryginału”. Nie zapominajmy, że Claude to jedyna z uzurpatorek, którą zaakceptowali niektórzy z dawnych towarzyszy broni Joanny, możni arystokraci, a przede wszystkim obaj rodzeni bracia Joanny. Mogli to uczynić z pobudek bardzo nieczystych i takie też panuje na ogół obecnie przekonanie. Nie sądzimy jednak, że ośmieliliby się natychmiast grać niebezpieczną w końcu grę, gdyby Claude była mniej podobna do Joanny. Nie spieszyliby od razu do Orleanu, by obwieścić tam, że Joanna żyje (jest zapis tego faktu w kronice Orleanu). Tam bowiem Joanna była bardzo dobrze znana. Claude przybyła tam 3 lata później i bez jakichkolwiek problemów została zaaprobowana nie tylko przez ludność, ale i przez władze miasta oraz przez tych, u których Joanna zatrzymała się na noclegi w maju 1429 roku. Spośród wszystkich znanych uzurpatorek tylko Claude odważyła się na tę wizytę, która trwała w sumie 2 tygodnie (i miała trwać dłużej, ale nagle została przerwana).
Czy została kiedykolwiek zdemaskowana?

Panuje pogląd, że o fałszywości Claude jako „Joanny” świadczy to, że aż trzykrotnie została zdemaskowana jako oszustka: pierwszy raz w Orleanie w 1439 roku i dlatego stamtąd szybko uciekła, drugi raz w Paryżu, gdzie ją przesłuchiwano oraz trzeci raz przez Karola VII osobiście w 1440 lub 1441 roku (niektórzy autorzy uważają, że spotkanie Claude z królem miało już miejsce w 1439 roku). Otóż nie podważając tezy o tym, że Joanna i Claude to dwie różne osoby, trzeba gwoli ścisłości podkreślić, że teza o trzykrotnej demaskacji jest niemal całkowicie lub wprost całkowicie fałszywa. Jeżeli Claude w ogóle została zdemaskowana przez kogokolwiek, to tylko przez Karola VII. My jednak wiemy o tym z dokumentu o kilkadziesiąt lat późniejszego, z roku 1516 (3). Jednak jeżeli to prawda, to król zachował się niekonsekwentnie: nie ma śladu nigdzie, że ją za oszustwo ukarał, a oszustwo wobec króla mogło skończyć się dla oszustki wręcz tragicznie, tym bardziej, że Claude już od 1436 roku miała przecież „na pieńku” z inkwizycją w Kolonii… Zamiast tego mogła swobodnie wrócić do zamku Jaulny, gdzie mieszkała i mogła dalej używać tytułów, które przylgnęły do Joanny d’Arc.  W Paryżu przesłuchanie nie doprowadziło do demaskacji i Claude została zwolniona. Nigdy nie przyznała tam, że nie jest Joanną, a na pytanie o to, czy jest tą Dziewicą, odpowiedziała bardzo sprytnie (4). Całość jej zeznań tam sugeruje wręcz, że zdecydowanie afirmowała ona swą wersję o tym, że jest Joanną d’Arc.

W Orleanie natomiast nawet nie próbowano jej demaskować, zamiast tego zgotowano jej gorące przyjęcie, urządzono tam istne święto z okazji jej przybycia, a już 3 lata wcześniej przerwano obchodzone co roku od 1431 uroczystości żałobne. Jakby tego nie było dość, w chwili przybycia Claude do Orleanu, uhonorowano ją (pomiędzy 18 lipca a 1 sierpnia 1439) specjalnym sporym datkiem w złocie za zasługi w walce o przerwanie angielskiego oblężenia z lat 1428-1429. Do dziś nie wiadomo dlaczego w 1439 roku Claude nieoczekiwanie skróciła swój pobyt w mieście. Ta nieoczekiwana zmiana jej planów staje się pożywką dla tez nie znajdujących bodaj okruchu potwierdzenia w jakimkolwiek źródle. To są takie sytuacje, kiedy uzasadnione jest pytanie dlaczego autorzy sądzący, że znają prawdę, posługują się niepotrzebnie nieprawdami, by tę prawdę wesprzeć. W ten sposób jedynie ją podważają.
„Drugie oblicze”, czyli więcej podobieństw niż różnic                

Zresztą, jeżeli już krytykować Claude, to czemu nie owych książąt i hrabiów, co to nawet i ekskomunikowanego chcieli zrobić biskupem? Kto fundował tę hecę? Przecież nie Claude, lecz oni.

Claude w jakiejś mierze stała się narzędziem wykorzystanym przez tych arystokratów, co mieli dużo, a chcieli jeszcze więcej. Tak jak wcześniej stała się taką ofiarą i Joanna. Tyle, że przynajmniej o Claude jednak ci grafowie i ta księżna zadbali, wydając ją dobrze za mąż i zapewniając jej przyszłość, choć nic dla nich wielkiego nie wskórała. Gdy znowu Karol VII nie kiwnął dla Joanny w 1431 roku nawet palcem, by ją ratować, choć zawdzięczał jej nie byle co, bo koronę…

Gdy mowa (na podstawie jej własnego zeznania z Paryża w 1440 roku) o skłonności Claude do gwałtowności, to nie zapominajmy, że i Joannie tej skłonności nie brakło. My nie mamy jakichkolwiek potwierdzeń (poza zeznaniem w Paryżu), że Claude była szczególnie gwałtowna. I nic więcej, przez całe 13 lat od 1436 do 1449 roku! A jeżeli drażliwość Joanny tłumaczyć – tak jak czyni to jej pasjonat, Allen Williamson – trudami i niebezpieczeństwami wojaczki oraz niewygodami noszenia zbroi, to czemu nie rozciągnąć tego argumentu również na Claude, która w końcu narażona była na podobne niewygody i niebezpieczeństwa?

Jeden z biografów Joanny d’Arc, Edward Lucie-Smith, tak pisze we wstępie do swej książki:

„Moja Joanna jest zapewne mniej godna podziwu niż Joanna, którą można znaleźć w większości współczesnej literatury. Jest ona szalenie arogancka, gwałtowna (choć wystraszona własną gwałtownością) i nie zawsze prawdomówna. Jest ona niewolnicą obsesji lub całej grupy obsesji. Jednocześnie posiada ona chwile, a nawet więcej niż tylko chwile, zwakłego ludzkiego strachu, zwątpienia i depresji. Możemy żałować, podziwiać, a nawek kochać ją. Równocześnie jednak możemy odczuwać zakradającą się sympatię dla tych – nawet tych, którzy byli rzekomo championami tej samej sprawy, jak Regnault de Chartres, Arcybiskup Rheims – którzy ją znienawidzili”. („Joan of Arc”, Penguin Books, 2000; str. xiii).

Nam nie przyświecają skłonności do sympatyzowania z wrogami Joanny. Ale jesteśmy w stanie dostrzec w jej sobowtórze nieco więcej niż jedynie uzurpatorkę.

„Dziś jest jasne, że egzekucja, przy pomocy której władze angielskie zamierzały napisać finis do kłopotliwej kariery, stała się zamiast tego prawdziwym początkiem jednej z najpoważniejszych legend w europejskiej historii. Jak większość legend, pojawia się ona w różnorodności form. Joanna Voltaire’a, Joanna Schillera, Joanna Micheleta, Joanna Anatola France i Joanna George Bernarda Shaw różnią się między sobą. We współczesnej literaturze historycznej była prezentowana jako ktoś od wielkiego mistyka chrześcijańskiego aż po lidera sekretnej i nieortodoksyjnej religii. Wiara w to, że uniknęła  spalenia, utrzymuje się nadal, a niektórzy autorzy dali się porwać idei, że wcale nie była jedynie dziewczyną wieśniaczą, lecz że pochodziła z rodu królewskiego, z nieprawego łoża, z krwią Walezjuszy w żyłach. Teorie tego typu wydają mi się nie do udowodnienia.” (E. Lucie-Smith „Joan of Arc”, Penguin Books, 2000; str. 3).

Istotnie, wiara w to, że Joanna d’Arc i Claude des Armoises (a nawet i Jeanne de Sermaise) to jedna i ta sama osoba, utrzymuje się jeszcze tu i ówdzie po dziś dzień i to praktycznie nieprzerwanie od XV wieku (5). Odnaleziony swego czasu w Anglii manuskrypt zawiera informację, że „Ostatecznie spalili ją publicznie, lub inną kobietę taką jak ona; w odniesieniu do czego ludzie mieli i wciąż mają odmienne opinie”. Historia innych „Joann”, w tym głównie Claude, jest dalszym ciągiem tej samej legendy. Są autorzy, którzy i dziś jeszcze odrzucają tezę o śmierci Joanny w 1431 roku, gdyż nie znaleziono w kronice miasta Rouen adnotacji o takowej egzekucji. Zdają się oni mówić: „Zgoda, skazano ją na śmierć, ale gdzie dowód, że istotnie zabitą ją, a nie kogoś innego?”

Po poślubieniu Roberta des Armoises Claude żyła z nim w jego zamku w Jaulny. Jaulny leży niedaleko Domremy, gdzie urodziła się i wychowała Joanna d’Arc. Bliskość tej wsi nie zdawała się Claude przeszkadzać w najmniejszym stopniu. Wspiera to wersję o ogromnym jej podobieństwie do Joanny. Po swej własnej śmierci pochowana została w kaplicy w nawie kościoła w Pulligny, czyli również blisko Domremy. Przez wiele lat była tam wmurowana tablica z inskrypcją o następującej treści:

Tu spoczywa Czcigodna Pani

Dame Jeanne du Lys, La Pucelle de France

Dame de Tichemont

Która była małżonką naszego Czcigodnego Rycerza

i Pana tego miejsca

która odeszła w 4-tym dniu miesiąca maja 1449 roku

Jej dusza w Bogu spoczywa

Amen (6

 

Jakoś okolicznej ludności ta tablica nie przeszkadzała przez całe stulecia. Została ona usunięta na polecenie episkopatu Francji dopiero w roku 1909, czyli 460 lat po śmierci Claude, w związku z procesem beatyfikacyjnym Joanny. (7)

Holenderski autor Dick Berents w swym artykule „The resurrection of Joan of Arc” (w zbiorze artykułów „Joan of Arc: Reality and Myth” ) zestawia Joannę z Claude na zasadzie stereotypu negatywnego z pozytywnym, pisząc:

„Musiała wyglądać trochę jak Joanna: zapewne niewystarczająco, by oszukać ludzi, jednak dostatecznie, by outsiderzy uwierzyli, że mogła być prawdziwą Joanną. Król nie polegał na swej pamięci co do jej wyglądu. Musiała wiedzieć coś o Joannie, choć z całą pewnością jej nie rozumiała.

Gdyż wcale nie była taka, jak prawdziwa Joanna d’Arc. Mówiła mglistymi porównaniami; rzeczywista Joanna zawsze mówiła jasno i zrozumiale. Była frywolna, gdy szło o tańce, ucztowanie i picie, gdy realna Joanna taka nie była. Zabijała ludzi, gdy Joanna nigdy nie zabiła nikogo. Wyszła za mąż i miała dzieci, gdy zaś Joanna przysięgała czystość przed Bogiem.” (str. 93-94)

Sądzimy, że pierwszy z argumentów Berentsa upada właściwie sam ze względów wspomnianych nieco wyżej, gdy omawaliśmy wygląd Joanny i Claude. Zgadzamy się z Berentsem, że Joanna i Claude to dwie różne osoby. Jednak argumenty, których on użył, nie są dowodami i nie są nawet wystarczająco uzasadnione, by wykazać ten fakt. Co do drugiego argumentu o „mówieniu mglistymi porównaniami”, to właściwie mamy jedno tylko źródło, cytowane tu w przypisie Nr 1, gdzie mowa jest o tym, że mówiła
„przypowieściami” (szkoda co prawda, że nie podaje jednak żadnych konkretnych przykładów owych „przypowieści”). Sama zaś Joanna też nie zawsze mówiła wszystko wprost, jak o tym świadczą niektóre jej wypowiedzi z procesu skazującego – choćby wtedy, gdy opowiadała sędziom o „aniele i koronie” (cytowaliśmy obszernie te wypowiedzi w artykule poprzednim). Gdy chodzi o pozostałe punkty dotyczące frywolności, jedzenia, picia, zabijania i rodzenia dzieci, to spójrzmy realnie:

Joanna d’Arc pozostawała z armią jedynie przez jeden rok. Co do Claude, to wygląda na to, że – z przerwami – spędziła w ten sposób co najmniej kilka lat. Nawet najlepszy charakter może z czasem ulec zepsuciu w takich warunkach. Zwłaszcza, jeśli pomyśleć z jakimi nieraz typami przychodziło tam Joannie i Claude współpracować. Wspomnijmy tu choćby jednego takiego osobnika: Gilles de Rais. Z Joanną d’Arc łączyły go kampanie 1429 roku, a Claude 10 lat później służyła u niego w wojsku w randze kapitana (jeżeli historycy słusznie łączą Claude des Armoises z tym epizodem). Dochrapał się on był tytułu marszałka Francji i wzbogacił się na Wojnie Stuletniej. Był to zdolny polityk i żołnierz, ale zaślepiony karierowiczostwem i chciwością. Jego chciwość była tak wielka, że krążyły legendy o tym, że angażował astrologów, by przy ich pomocy produkować złoto…. Był także zboczeńcem seksualnym, pedofilem i mordercą, który miał się rzekomo przechwalać, że w swoim życiu zabił 800 ludzi. Skończył na stosie inkwizycji w Nantes za herezję i morderstwo w roku 1440. Gdyby nawet święta Joanna „nauczyła” się w jego „kompanii” pić i tańczyć, to chyba nie dałoby się powiedzieć, że się „nauczyła” zbyt wiele złego….Ciekawe, że cytowany tutaj wcześniej „Formicarius” Johannesa Nidera, przedstawiający Claude w złym świetle z powodu owych tańców i ucztowania, nie wspomina ani słowem np o jakiejkolwiek rozwiązłości tej kobiety lub jakichkolwiek złych uczynkach, bodaj małej kradzieży…

A propos zabijania ludzi – to kolejny zarzut Berentsa wobec Claude. Istnieje tylko jedno jedyne zeznanie Claude o tym, że kogoś zabiła w walce, gdy miała służyć w armii papieskiej (musiałoby to być w latach 1431-33). Właśnie: że zabiła kogoś w walce, a nie że „zabijała ludzi”. To jednak trochę co innego niż trudnić się morderstwami. Czy Joanna kogoś w życiu zabiła? Ogólnie panuje przekonanie, że nie. Tak przynajmniej twierdziła ona sama, gdy ją sądzono w Rouen między lutym a majem 1431. Tak też twierdzili ponad 20 lat później świadkowie w jej procesie rehabilitacyjnym. Nie trzeba chyba aż geniuszu, by odgadnąć, że jeśli ktoś jest sądzony i grozi mu śmierć, to nie będzie on raczej skłonny do przyznawania się do zabijania ludzi. A proces rehabilitacyjny takiego kogoś z drugiej strony też nie służy temu, by go jakimkolwiek zabójstwem obciążać… Gdy Joannie złamał się był jej słynny „miecz św. Katarzyny”, dostała od razu nowy. Wyważyła go w dłoni, wykonała parę zamachów nim, oświadczając z zadowoleniem, że „jest dobry do cięć i pchnięć”. Nie dowodzi to, rzecz jasna, że kogoś zabiła jakimkolwiek „cięciem i pchnięciem”, ale z całą pewnością też nie oznacza, że nie byłaby do tego zdolna. Wystarczy przeczytać jej wyjątkowo wojowniczy „List do Anglików”, by się o tym przekonać (8). I nie zapominajmy o jeszcze jednym: Joanna nigdy nie miała żadnej rangi wojskowej. Claude natomiast miała być kapitanem…  Od niej walki wymagano, a od Joanny nie. Nie znaczy to, że Joanna była jedynie „maskotką” dla armii, niewątpliwie miała talent przywódczy i dużą siłę przekonywania (tak jak Claude…). Biorąc zatem pod uwagę brak wobec niej bezpośredniego wymogu walki, wydaje się o wiele bardziej prawdopodobne, że miała większą niż Claude szansę, by nikogo nie zabić. Osobiście przekonani jesteśmy, że granica między świętością a powszedniością jest niejednokrotnie cieńsza niż się to nieraz wydaje.

No, a to, że Joanna nie wyszła za mąż i nie miała dzieci? Rozpoczęła swą kampanię  w roku 1429. Urodziła się gdzieś pomiędzy 1407 a 1412 rokiem, czyli miałaby od 17 do 21 lat.  Jeżeli Claude była około jej wieku, to w roku 1436 – gdy pojawiła się „na scenie” – miałaby od 24 do 29 lat. Można sobie wyobrazić, że osoba 17-21 letnia łatwiej wyobraża sobie życie w dziewictwie aniżeli taka, co wiekiem dobiega 30-tki… Mało tego: jeżeli już mówić o przysięgach dziewictwa ze strony Joanny, to warto pamiętać to, jak ona sama to określiła: że pozostanie dziewicą tak długo, jak długo Bóg będzie tego od niej wymagał (9). A kto z nas wie, jak długo Joanna sądziła, że Bóg tego od niej wymaga?

Naszym zdaniem bardziej zatem jest prawdopodobny inny „scenariusz” historii Joanny i Claude, obu właśnie bardzo do siebie podobnych kobiet, tak z wyglądu jak i z charakteru, energicznych, przedsiębiorczych i inteligentnych ponad wszelką możliwą przeciętność. Nie jest przy tym wcale rzeczą nieznaną, że osoby wyjątkowo podobne do siebie wyglądem posiadają szereg podobnych cech psychicznych. Obie zatem niczym dwie „połówki” ludzkiego charakteru reprezentują odmienne jego użycie. Niczym oryginał i jego niedoskonałe odbicie w zwierciadle; niczym awers i rewers tej samej monety; niczym dzieło sztuki i jego kopia. Ale dzieło i jego kopia są do siebie bliźniaczo podobne. Jedna z tych kobiet jednak miała jakiś ideał, druga go nie miała. I to jest tą istotną różnicą pomiędzy Joanną i Claude: idealizm.

Taki wizerunek w dalszym ciągu pokazuje która jego część jest lepsza, a która gorsza, ale pokazuje on też, że nie jest to sztuczny, prymitywny, starotestamentowy podział między „białym” a „czarnym” niczym jakiś „Kain i Abel” w wizji stronniczego „Jahwego”, lecz że każda z tych kobiet była w stanie niejako „przejść na drugą stronę” owego połączonego wizerunku. Pokazuje nam też i Claude, która została matką i wychowywała dzieci. Nie taki znowu „czarny” koniec życia tej kobiety. Na portrecie z Jaulny wygląda całkiem dobrze jak na osobę, która w końcu też wiele w życiu przeszła (podobno też odnosiła rany w wojnach, jak Joanna…). Kto wie, czy to w ostateczności nie owe rany przyczyniły się do jej stosunkowo wczesnego zgonu (jeśli zmarła w 1449 roku, to mogła mieć od 37 do 42 lat zaledwie, jeżeli była rówieśniczką Joanny).

Idealizm jest tą jakością, która stanowi o głównej różnicy między tym dwiema kobietami tak poza tym do siebie podobnymi. To idealizm posiadany przez jedną z nich sprawił, że jest ona teraz nazywana „świętą” i „bohaterką”, gdy ta druga obdarzana jest określeniem „awanturnica”. To, że obie w swoim czasie były uważane przez wielu za oszustki i uzurpatorki, jest wręcz kwestią udowodnionej prawdy historycznej. Tak samo, jak jest nią także fakt, że dziś na ogół tylko jedną z nich się tak określa. Claude jest zatem „drugim obliczem” Joanny, tak w kwestii fizjonomii jak i osobowości.
Tożsamość Claude

Co do cytowanego tu stwierdzenia Edwarda Lucie-Smith o nieudowadnialności pewnych tez, dodajmy od siebie, że przynajmniej istnieje sprawdzalność ich prawdopodobieństwa. To, kim była Claude des Armoises, można sprawdzić w każdej chwili. Jej szczątki dalej przecież powinny być tam, gdzie pochowano je ponad 560 lat temu – chyba, że dokądś je przeniesiono (10).  Można poddać je badaniom DNA – a przy okazji także wykonać model twarzy na podstawie autentycznej czaszki – w ten sposób weryfikując pokazaną tutaj rekonstrukcję sporządzoną niedawno w Niemczech. W przyszłości zaś – jeśli Claude i Joanna to istotnie nie jedna i ta sama osoba – znalezione zostaną również szczątki Joanny. Co do tego osobiście nie mamy nawet cienia wątpliwości. To jedynie kwestia czasu oraz udoskonalenia techniki poszukiwań i badań kryminologicznych. I też dałoby się uzyskać DNA. Nie tak dawno udało się odtworzyć DNA Neandertalczyka. O ileż łatwiejsze wydawałaby się ekstrakcja DNA osoby żyjącej około 600 lat temu? Tu mała dygresja: jest obecnie rzeczą stosunkowo trudną ekstrakcja DNA osoby spalonej, w związku z dużą degradacją DNA.Jednak ostatnio i z tym problemem próbują się już mierzyć naukowcy .

Rozmaite teorie historii Joanny d’Arc krążą od ponad 600 lat. I nie było żadnego „polowania na czarownice” w odniesieniu do rozmaitych „rewizjonistów”, „negacjonistów egzekucji” czy wszelkiej maści propagatorów jakiegokolwiek „kłamstwa roueńskiego” (od „Rouen”, miejsca tej egzekucji).

Mamy też nadzieję, że polowaniom na „czarownice”, czyli na innych „negacjonistów” i propagatorów innych jeszcze „kłamstw” również położony zostanie wreszcie ostateczny i zwycięski kres.
Hipoteza (może szalona, ale…)

Jeżeli Claude pragnęła podawać się za Joannę d’Arc, to dlaczego w ogóle początkowo używała wobec siebie imienia „Claude”? Cytowany już przez nas Dick Berents twierdził także, że „Widocznie nie potrafiła wystarczająco zdystansować się od swej poprzedniej tożsamości” („Joan of Arc: Reality and Myth”, s. 93). Może i tak. Choć mamy akurat pewne wątpliwości co do tego, czy osoba świadomie chcąca kogokolwiek wprowadzać w błąd, popełniłaby takie głupstwo. Czy osoba, która miała umieć często mówić „przypowieściami”, czyli inteligentna, nie potrafiłaby publicznie ukryć swego poprzedniego imienia, gdyby chciała podać się za kogoś innego? Mało tego: jeżeli, jak twierdzi Berents, Claude nie potrafiła oderwać się od poprzedniej tożsamości, to przecież ta poprzednia tożsamość składała się nie tylko z imienia, ale także z nazwiska, miejsca pochodzenia (przynajmniej regionu, jeśli już nie wsi czy miasta). Czemu zatem „uparła się” tylko przy imieniu?

W tym tekście nazywamy ją, używając często imienia „Claude”. Ale w rzeczywistości ona sama zdawała się go używać jedynie na początku opisywanej tu afery, czyli w roku 1436. Potem już używała (jak to potwierdzone jest w dokumentach z tamtej epoki) imienia „Joanna”, łącznie z tytułem „du Lys” oraz jako „Pucelle de France” lub, po zamążpójściu, także nazwiskiem „des Armoises”. Ten wspomniany podarunek, jaki otrzymała w złocie w Orleanie w 1439 roku, został odnotowany jako ofiarowany
„Joannie des Armoises” („A Jehanne des Armoises”). Na jej epitafium również nie ma imienia „Claude”, co oznacza, że go nie używała. Skąd zatem na początku pojawiało się to imię, a potem jego użycie zanikło? Być może istotnie dlatego, że na początku Claude miała problemy z zaadoptowaniem „nowej tożsamości”, a później stopniowo przychodziło jej to już łatwiej. Tyle, że w odróżnieniu od Berentsa uważamy, że inna wersja tego „problemu z adaptacją” byłaby o wiele logiczniejsza.

Teza Berentsa jest tylko i wyłącznie założeniem i hipotezą. Naszym zdaniem mało logiczną. Weźmiemy pod uwagę inną jeszcze możliwość, tak, być może mało prawdopodobną, ale jednak możliwość i to całkiem logiczną.

Zacznijmy od tego, że nie mamy żadnych informacji o przynajmniej połowie (tej pierwszej połowie) życia Claude. Nie wiemy skąd pochodziła, czyim była dzieckiem i jakie nosiła nazwisko przed 1436 rokiem. Wiemy, że podawała się później za Joannę. Zakładamy przy tym również, że tą Joanną nie była. To zdaje się wystarczać większości autorów, by ją nazwać „oszustką”. Bo to, że była „uzurpatorką”, to akurat zakładamy. Niekoniecznie jednak będąc uzurpatorką musiała być oszustką. Skąd ta pewność, że chodzi akurat o oszustwo? Jest to jedynie założenie na tym etapie, może i słuszne, ale jednak tylko założenie i hipoteza, nic więcej.

Oszustwo w takim wypadku miałoby niewątpliwie miejsce, gdyby dana osoba w pełni świadomiepodawała swoją nieprawdziwą tożsamość mając za cel wprowadzenie otoczenia w błąd. No dobrze, a czy istnieje bodaj strzępek ewidencji, że Claude czyniła tak świadomie?

Nie pragniemy tutaj fikcji ani nawet wytworów własnej wyobraźni reklamować jako „udowodnionej prawdy”. Co najwyżej proponujemy po prostu przyjrzenie się, pośród szeregu rozmaitych możliwości, także i tej jednej: że czyniła tak nieświadomie. W jaki sposób mogło się tak stać?

Jeśli trudniła się wojaczką, a to raczej nie ulega wątpliwości, to narażona była na ryzyko odniesienia ran i utraty przytomności. Niejedna osoba w wyniku urazów głowy utraciła pamięć, na krótki lub długi czas. Szczególnie częste jest to właśnie wśród weteranów wojen. Są obecnie całe strony internetowe poświęcone takim przypadkom (nie mówiąc już o bogatej literaturze fachowej), można więc to sprawdzić. Taka utrata pamięci może stanowić część lub nawet całość tak zwanego PTSD („post-traumatic stress disorder”), niejednokrotnie spowodowanego przez TBI („traumatic brain injury”). Obecnie owe przypadki są głównie wynikiem urazów wynikłych z eksplozji lub postrzałów z broni palnej. W XV stuleciu stanowiły one jednak niemniejsze niebezpieczeństwo jako wynik bezpośredniego starcia w walce. Wystarczy rzucić okiem na rodzaj stosowanej wówczas broni, by się przekonać, że niebezpieczeństwo było nadzwyczaj realne.

Obecnie TBI i PTSD są przedmiotem niekończących się badań, poszkodowani żołnierze przechodzą, nieraz trwające latami, psychoterapie, badania, skanowanie mózgu i inne formy leczenia. Takich możliwości jednak w XV wieku nie było, co oznacza, że
praktycznie, o ile symptomy nie ustąpiły samoczynnie, rekonwalescencja (zupełnie w takich warunkach nieświadoma), trwać mogła długo.

Obudziwszy się i doszedłszy stopniowo do siebie po takim doświadczeniu, Claude mogła dalej kontynuować swoją „przygodę” wojenną (np właśnie w Rzymie, jak twierdziła potem w Paryżu), nie wiedząc jednak tak do końca kim jest. Może to właśnie z tego „post-traumatycznego” okresu w jej życiu pochodziło to jej imię „Claude”, nieużywane jednak z żadnym konkretnym nazwiskiem… Po prostu: „Claude”…

W takim wypadku wystarczyło, że pojawiła się po latach w okolicach Metz, czyli w tym regionie Lotaryngii, z którego pochodziła Joanna i że wobec tego ktoś (naprawdę obojętnie już kto!) „rozpoznał” w tej „sobowtórce” Joannę. Claude mogła zatem po jakimś czasie uwierzyć, że tą Joanną istotnie jest. Taka nowa tożsamość z pewnością była w stanie wypełnić istniejące luki w pamięci, a na dodatek ta akurat tożsamość była przecież niezwykle atrakcyjna, czyli taka, w której prawdziwość uwierzyłoby się przecież nadzwyczaj chętnie, jeśli mierzyć to faktem, że Claude nie była jedyną uzurpatorką. A już szczególnie atrakcyjna musiała się taka tożsamość wydawać osobie trudniącej się walką zbrojną.

Przejmowanie nowej tożsamości trwało stopniowo, stąd to początkowe „rozdwojenie jaźni” co do tożsamości i używanie dwóch imion jednocześnie. Fakt używania ich równocześnie jest dla nas absolutnym zaprzeczeniem nieuczciwości Claude.   Wręcz przeciwnie: stanowi potwierdzenie, że Claude była pod tym względem jak najbardziej uczciwa i że niczego nie próbowała ukrywać.

W „Kronice Dziekana St-Thibaut de Metz” czytamy już o tym, że „przybyła” (skąd?) 20 maja do okolic Metz i że była ona tą Joanną i równocześnie zwała siebie „Claude”. „Kronika” nie podaje natomiast co działo się przedtem. To mógłby być właśnie ów „przejściowy okres” przyjmowania nowej tożsamości pod wpływem informacji uzyskiwanych od innych osób, podnieconych nagłym „odnalezieniem” Joanny. Napisano tam również (p. przypis 1), że „tego samego dnia przybyli, by się z nią widzieć, jej dwaj bracia…”. Co to znaczy „tego samego dnia przybyli”? Skąd się tak szybko dowiedzieli? (telefonów przecież nie było). Ktoś musiał ich zatem wcześniej powiadomić. Kto? Niewykluczone, że ci sami ludzie, którzy wcześniej „odnaleźli Joannę” i pospieszyli poinformować o tym obu braci du Lys…

O reszcie już czytaliśmy wyżej…

Naszą uwagę przykuł fakt jak długo i z jaką wytrwałością Claude trzymała się aż do śmierci, nawet już po wyjściu za mąż i nabyciu arystokratycznego nazwiska, swojej tożsamości jako Joanna du Lys. Z całą pewnością nie chodziło tu o „nabycie” w ten sposób tytułu szlacheckiego. Miała tytuł szlachecki z nazwiskiem „des Armoises”, nie potrzebowałaby zatem tytułować się jeszcze „du Lys” przez następnych 13 lat. A już nasze zdumienie wzbudził fakt, że kontynuowała tę nabytą tożsamość bohaterki nawet po tym, gdy – według zapisu w kronice Pierre Sali – miała zostać na dworze Karola VII „zdemaskowana” i „na kolanach” wyznać przed nim „całą zdradę”. To samo w sobie powinno było położyć ostateczny kres wszelkim jej publicznym pretensjom do
osobowości, której nie stanowiła. Nawet sama atrakcyjność podawania się za Joannę już nie mogłaby w takich warunkach istnieć, bo byłoby to zbyt niebezpieczne. Tymczasem trzymała się tej tożsamości jak dawniej i to bez żadnej widocznej i odnotowanej gdziekolwiek kary za podobne przewinienie… Przewinienie, za które mogła drogo zapłacić, zwłaszcza, że miała już od 1436 roku „na pieńku” z inkwizycją w Kolonii.

Nie staramy się tu na siłę pomniejszać znaczenia kroniki Pierre Sali ani jego źródła informacji w osobie Guillaume Gouffiera, choć Gouffier urodził się był niemal pół wieku po rzekomym spotkaniu Claude z królem, więc świadkiem naocznym żadną miarą być nie mógł, a niejeden historyk wprost stwierdza, że takiego spotkania Claude nie odbyła. Tak czy inaczej, Gouffier (a za nim Sala) ograniczają się jedynie do ogólnikowego komentarza, że Claude „wyznała”, ale nie cytują słów, przy pomocy których miała to uczynić. Wystarczyło przecież, że po usłyszeniu pytania króla o ową „tajemnicę” padła na kolana błagając go o wybaczenie, bo żadnej tajemnicy nie pamięta. I już ten fakt sam w sobie mógł zostać odczytany przez obecnych za przyznanie się do fałszu i winy, gdy tymczasem o żadnej winie mogło nawet nie być mowy…

Dlaczego Claude mogła – i to właśnie po owej „demaskacji” – dalej bezkarnie używać nienależnych jej tytułów i to w regionie, w którym jej autentyczny „pierwowzór” był dobrze znany? (11). Dlaczego po jej śmierci przez całe wieki mogła wisieć jej płyta (epitafium) z tymi dwoma tytułami niejako „oficjalnie” uznająca jej fałszywą tożsamość?

Nie popełniamy nieuczciwości proponując wzięcie pod uwagę powyższej wersji wydarzeń, zwłaszcza jeśli jednocześnie uznajemy, że jest to wersja mało prawdopodobna – choć i tak o wiele prawdopodobniejsza niż wersja, według której Claude pragnęłaby uchodzić za kogoś innego, jednocześnie obnosząc się ze swoim poprzednim imieniem. Popełnilibyśmy nieuczciwość, gdybyśmy proklamowali naszą wersję jako „wykazaną prawdę”, nie ostrzegając nikogo, że chodzi li tylko o hipotezę.

Przypisy:
(1). Z „Kroniki Dziekana św. Thibaud de Metz” („Chronique du Doyen de Saint–Thibaut de Metz”):

„…20-tego dnia maja wyżej wspomnianego roku przybyła Jeanne, która była we Francji, do La Grange Aux Ormes, niedaleko St. Prive i została tam zabrana, by móc konferować z każdym spośród panów z Metz i zwała siebie Claude. I tego samego dnia przybyli, by się z nią widzieć, jej dwaj bracia, z których jeden był rycerzem zwanym Messire Pierre, a drugi ‘petit Jehan’ był obywatelem ziemskim. I sądzili oni, że została spalona, lecz gdy tylko ją ujrzeli, rozpoznali ją, a ona ich. A w poniedziałek, 21-go dnia owego miesiąca, zabrali swą siostrę ze sobą do Boquelon, a sieur Nicole, bądący rycerzem, dał jej mocnego rumaka wartości trzydziestu franków i dwa czapraki. Sieur Aubert Boulle dał jej kaptur jeździecki, sieur Nicole Grouget miecz, a wspomniana panna zgrabnie dosiadła owego konia i rzekła parę rzeczy do sieur Nicole, przez które zrozumiał on dobrze, że to ona była we Francji, i została rozpoznana dzięki wielu znakom jako dziewica Jeanne z Francji, która eskortowała króla Karola do Reims, a paru deklarowało, że została spalona w Normandii. I mówiła ona głównie przypowieściami.”

(2)“Gdy Dziewica z Francji była przed La Rochelle, miał miejsce fakt o doniosłym znaczeniu. Napisała do króla Kastylii i wysłała swych posłańców poza tymi, których wysłała do króla Francji. Błagała, by posłał on mu parę okrętów Armady, i Jego Wysokość był zobowiązany tak uczynić zgodnie z sojuszem i braterstwem między Jego Wysokością a Królem Francji. I przybyli do Valladolid, gdzie król przebywał w roku tzm, tysiąc czterysta trzydziestym i szóstym (…)  I gdy przybyli do króla z listem od Dziewicy, Wielki Konetabl pokazywał na dworze wielki podpis, jak gdyby była to wielce szacowna relikwia. Gdyż jako że sam był bardzo dzielny i odważny, miłował tych, którzy również tacy byli i wielkim poważaniem darzył czyny Dziewicy(…) … i wielu upominało się u króla, by zdecydował posłać flotę do Dziewicy, bo może to dobrze pomóc Królowi Francji (…).I zaraz Wielki Konetabl wysłał rozkazy do wybrzeża morskiego w prowincji Vizcaya, w Lepusca i innych miejscach, i wystawił dwadzieścia pięć uzbrojonych statków i piętnaście karawel, największe jakie mogli znaleźć, wypełnione bronią oraz najlepszych ludzi (…) Z tą pomocą, Dziewica wzięła wspomniane miasto, a były tam i inne bitwy i zwycięstwa, kiedy flota Kastylii zyskała w tym kraju wielki prestiż…”.

(„Kronika Konetabla Alvaro de Luna”)

Ten materiał, zdaniem historyków jest w dużej mierze fikcyjny lub nawet całkowicie fikcyjny. Niektórzy wręcz uważają, że ten jego wyjątek jest niemal „odpisany” z innego dzieła hiszpańskiego tamtego czasu, „Crónica de la Poncella”. Obydwa te dzieła dowodzą jednak przy okazji popularności, jaką cieszyła się w Hiszpanii Joanna d’Arc…
(3)„Ów pan poinformował mnie , że dziesięć lat później fałszywa Dziewica przyprowadzona została do króla i niektórzy chcieli uzyskać posłuch, rozpowszechniając pogłoski, że ta pierwsza zmartwychwstała. Gdy król wieść ową usłyszał, rozkazał ją do siebie sprowadzić i pojawiła się ona przed nim. Był zdumiony i nie potrafił niczego innego powiedzieć, jak ją zaraz łagodnie pozdrowić. I rzekł: ‘Dziewico, przyjaciółko moja, ponownie mile widziana, która w Imię Boga zna tajemnicę między nią a mną’.

I w zadziwiający sposób owa rzekoma Dziewica po tym, jak te słowa usłyszała, padła na kolana przed królem i niezwłocznie całą zdradę swą wyznała.” – kronikarz Pierre Sala w „Hardiesses des grands rois et empereurs” („Śmiałość wielkich królów i cesarzy”), rok 1516.
Owa tajemnica między królem a Joanną nie jest znana do dziś. Według tradycji, Joanna d’Arc podczas pierwszego spotkania z Karolem VII miała wyznać mu pewną tajemnicę dotyczącą jego osoby. Według cytowanego powyżej tekstu, Karol pytał Claude o treść owej tajemnicy, której to tajemnicy Claude znać nie mogła.

Dla uściślenia informacji: „ów pan”, który miał opowiedzieć tę historię, to Guillaume Gouffier , który sam urodził się prawie 50 lat po owym spotkaniu Karola z Claude.
(4)„Zbrojni przyprowadzili pewną kobietę, która wcześniej wielce honorowo przyjęta była w Orleanie. Jednak gdy była już blisko Paryża, doszło do tej samej pomyłki, by wierzyć, że ona jest Dziewicą. I właśnie z tego powodu zdecydował się tak uniwersytet jak i parlament, by ją sprowadzić do Paryża dobrowolnie lub wbrew jej woli. Tam, na wielkim dziedzińcu pałacu została ona pokazana ludowi na wielkim podeście marmurowym. Tam zajęto się jej życiem i ją o nie na wszelki sposób wypytywano. I powiedziała ona, że już nie jest Dziewicą i że jest zamężna z pewnym rycerzem, z którym ma dwóch synów”.

(„Journal d’un Bourgeois de Paris” czyli „Dziennik mieszczanina Paryża”, spisany w latach 1405-1449)
(5). Odnaleziony swego czasu w Anglii manuskrypt (manuskrypt 11542 w British Museum) zawiera informację, że „Ostatecznie spalili ją publicznie, lub inną kobietę taką jak ona; w odniesieniu do czego ludzie mieli i wciąż mają odmienne opinie”.

William Caxton w „The Chronicles of England” twierdził w 1480 roku, że Joanna po wyroku czekała jeszcze 9 miesięcy na swą egzekucję. Poza tym inne źródła podają datę jej śmierci, obok 30 maja 1431, także jako 14 czerwca 1431 i 6 lipca 1431.

„La Nef des dames vertueuses” („Nawa pań cnotliwych”), datowana na 1503 rok, autorstwa Symphoriena Champiera podaje, że Joanna „została schwytana poprzez zdradę i oddana Anglikom, którzy, wbrew Francuzom, spalili ją w Rouen, i wciąż mówią, że Francuzi temu przeczą” („fut en trahison prise et baillée aux Anglais qui, en dépit des Français, la brûlèrent à Rouen, ce disent-ils néanmoins et que les Français nient”).

W 1570 roku Gabriel Naudé napisał w „Livres de l’estat et succès des affaires de France”, że„Dziewica nigdy nie została spalona inaczej niż jako kukła” („Pucelle n’avait jamais été brûlée qu’en effigie”), czyli, że Anglicy spalili jedynie kukłę Joanny, a nie ją samą…

Nicolas Lelong napisał w 1783 roku w swej „Historii eklezjalnej diecezji Laon” („Histoire Ecclésiastique du Diocèse de Laon”):

„Wciąż wątpimy czy Dziewica z Lotaryngii, którą z zasłoniętą twarzą zaprowadzono na stos, została istotnie spalona”

(6).                                         Ci gît haulte et Honorée Dame

Jehanne du Lis la Pucelle de France

Dame de Tichémont

qui fut fème du Noble Home messire Robert des Armoises, Chevalier, Seigneur du dit lieu

Laquelle Trépassa an l’an Mil CCCC XXXX et VIIII le 4 jour de May

Dieu ait son âme

Amen”

(7). Jako daty usunięcia tablicy pojawiają się nieraz i inne lata: 1890, 1900 i 1920.

(8).  „Królu Anglii, zdaj Królowi Niebios sprawę ze swej królewskiej krwi. Oddaj Dziewicy klucze do wszystkich miast, które przechwyciłeś. Jest ona posłaną przez Boga, by odzyskać królewską krew i jest w pełni gotowa uczynić pokój, jeśli udzielisz jej satysfakcji; czyli musisz uczynić sprawiedliwość i spłacić wszystko, co zabrałeś.

Królu Anglii, jeśli tych rzeczy nie uczynisz, jestem wodzem armii; i gdziekolwiek znajdę twych mężów we Francji, przepędzę ich z kraju czy tego chcą czy nie; a jeśli nie usłuchają, Dziewica sprawi, że zostaną wszyscy zabici.

Przychodzi ona posłana przez Króla Niebios, by was wszystkich usunąć z Francji, i Dziewica przyrzeka i potwierdza wam, że jeśli nie opuścicie Francji, wtedy ona i wojsko jej wzniosą taki okrzyk, jaki nie był we Francji słyszany od tysiąca lat.

I wierzcie, że Król Niebios dał jej taką moc, że nie zdołacie szkody jej uczynić ani jej dzielnej armii. Do was, łucznicy, szlachetne kompanie pod bronią i do wszystkich ludzi przed Orleanem, mówię w imię Boże, idźcie do domu do swojego kraju; jeśli tego nie uczynicie, strzeżcie się Dziewicy i strat, które poniesiecie.

Nie usiłujcie to pozostać, gdyż praw żadnych od Boga nie macie we Francji ani od Syna Dziewicy Maryi. To Karol jest prawowitym władcą, któremu Bóg dał Francję I który wkrótce wkroczy do Paryża z orszakiem wielkim. Jeśli wiary nie dajecie wieściom pisanym od Boga i Dziewicy, tedy w jakim tylko miejscu was znajdziemy, będziemy widzieć wkrótce kto ma większe prawo, Bóg czy wy.

Williamie de la Pole, hrabio Suffolk, panie John Talbot i Tomaszu, Lordzie Scales, porucznicy Księcia Bedforda, który zwie siebie regentem króla Francji dla Króla Anglii, odpowiedzcie, jeśli chcecie pokój uczynić nad miastem Orleanem! Jeśli tego nie zrobicie, zawsze wspominać będziecie straty wam zadane.

Książę Bedford, który zwiesz siebie regentem Francji dla Króla Anglii, Dziewica prosi cię, byś jej nie zmuszał do zniszczenia ciebie. Jeśli nie udzielisz jej satysfakcji, wtedy ona i Francuzi dokonają największego Wyczynu kiedykolwiek dokonanego w imię Chrześcijaństwa.

dano we wtorek Wielkiego Tygodnia” (22 marca 1429)

Oczywiście, że ten list nie stanowi dowodu, że zabijano Anglików. Wiadomo, że wzięto ich wielu do niewoli, ale jeńców nie zabijano. Podczas procesu w Rouen, poza przykładem Burgundczyka nazwiskiem Franquet d’Arras (który był nieprzeciętną szują), nie potrafiono jej niczego takiego wykazać.

Tym niemniej po przeczytaniu tego listu nie jestem w stanie być całkowicie pewien, czy istotnie nie potrafiłaby nikogo zabić…

(9). Mało tego: podczas procesu w Rouen Joannę zapytano (po południu 17 marca 1431):

– “Joanno, czy nie zostało ci objawione, że jeśli utraciłabyś dziewictwo, twoja fortuna by cię opuściła, a twoje głosy porzuciły?”

(J.d’A): „Nie zostało mi to objawione”

– „Czy gdybyś była zamężna, to sądzisz, że twe Głosy by do ciebie przybyły?”

(J.d’A): „Nie wiem i zdaję się na Boga”.
(10)Serguei A. Gorbenko, ukraiński antropolog i specjalista z zakresu rekonstrukcji twarzy na podstawie czaszek, został w 2001 roku upoważniony przez rząd francuski do przebadania krypt grobowych w bazylice Cléry St-André. Tam pochowany jest m.in. król Louis XI, syn i następca Karola VII, tego samego Karola, który zawdzięczał koronę Joannie. Gorbenko stwierdził, że sarkofagi uległy desakracji i kości zmarłych wymieszane zostały z innymi kośćmi, co najprawdopodobniej stało się podczas Rewolucji Francuskiej. Dlatego też przeszukał sąsiednią kryptę, w której spoczywa hrabia Jean de Dunois, towarzysz broni Joanny d’Arc. Tam znalazł, ku swemu zaskoczeniu, osobną jeszcze  trumnę z kośćmi kobiety, która zmarła w wieku ponad 40 lat. Rodzaj deformacji szkieletu przekonał Gorbenkę, że kobieta ta nosiła zbroję oraz że od wczesnego wieku jeździła konno. Posiadała także dłonie nieproporcjonalnie duże. Gorbenko doszedł wręcz do wniosku, że odnalazł szkielet Joanny d’Arc. Jest on osobiście przekonany jest, że Joanna i Claude to nie tylko jedna i ta sama osoba, ale że za nimi kryje się jeszcze kto inny, mianowicie księżniczka Marguerite de Valois. O egzekucji Joanny w Rouen pisze m.in „…zamiast księżniczki spalili inną dziewczynę, może też zwaną Joanna, wieśniaczkę, być może nawet z Domremy”.(„… вместопринцессы сожгли другую девушку, возможно также по имени Жанна, возможнокрестьянку и возможно из Домреми.”).

 „W 2001 roku, wobec bałaganu rozmieszczenia kości w kryptach bazyliki Notre Dame de Clery, byłem zmuszony do bardziej szczegółowego zapoznania się z nimi i z historią pochówków, co ujawniło mi te zadziwiające fakty”.

(„В 2001 году, столкнувшись с путаницей в размещении костей в склепах базилики Нотр-Дам де Клери, я был вынужден изучать их и историю погребений более тщательно, что открыло мне эти удивительные обстоятельства”).

Tak czy owak historia fenomenu znanego jako „Joanna d’Arc” jest istotnie fascynująca i być może jeszcze do niej wrócimy.

(11). W 1476 roku w pewnej sprawie sądowej dotyczącej rodziny Vouthon z Sermaize, a konkretnie brata matki Joanny d’Arc, Isabeli Romeé, kilku świadków zeznało, że widywali w Sermaise niejednokrotnie „Joannę” w latach 1440-tych i 1450-tych, gdy odwiedzała Vouthonów wraz ze swym bratem (lub „bratem”) Jeanem (to ten „petit Jehan” wspomniany tu na początku), by wspólnie z nimi ucztować. Była tam ona znana właśnie jako „Jehanne La Pucelle”. Jeden z owych świadków, 70-letni Jehan la Montigueue, zeznał wówczas, że w roku 1449 (musiało to być przed majem 1449, jak sądzimy) „Jehanne” przybyła tam znowu. Ubrana była w męski strój. Po posiłku grano w tenisa (tenis był znany we Francji od XII wieku. Nie stosowano wówczas rakiet do gry, lecz odbijano piłkę dłonią. Rakiety pojawiły się dopiero od XVI wieku). Do gry przyłączył się jeden z lokalnych duchownych. Po skończonej grze „Jeanne” (czyli nasza „Claude”) zwróciła się do owego duchownego, mówiąc, że teraz może on już mówić, że zagrał z „Pucelle de France”. Wieść ta miała wielebnego wielce uradować…

Miała śmiałość i poczucie humoru. Nieco jak jej poprzedniczka, Jeanne, która – jak wspomnieliśmy w pierwszym artykule – zapewniła niegdyś słynnego zakonnika, Brata Ryszarda, że nie jest czarownicą: „Podejdź śmiało. Nie odfrunę”…

Dodatek:

 

  1. Ostatni dokument przed śmiercią Joanna podpisała nie swoim imieniem i nazwiskiem lecz tak jak robią to analfabeci stawiając X, czy już wtedy w celi był ktoś inny ?
  2. Głowa (rzeźba) Joanny to w istocie Św. Maurycy
  3. Grób Joanny znikł (był po prawej stronnie ołtarza), inskrypcja znikła.
  4. Gdyby okazało się ,że Joanna przeżyła, upadło by morale narodu …1909r